III. Tajemniczy list.
{poniedziałek, 26 listopada 2007, 16:17:38}
Notka po dłuższej przerwie. Brakowało mi weny, brakuje nadal, jednak mam nadzieję, że ta część nie będzie szczególnie zła. Teraz jestem zajęta przebieralnią szablonów, ale obiecuję, że wszystko nadrobię!
Bez decykacji, lecz z podziękowaniem.
Dla moich Olek ;* One wiedzą za co i dlaczego. Ważne, że są;*
Hogwart. Zamek. Szkoła. Jednak nie dla każdego. Wiele osób traktowało to miejsce jako swój drugi dom, gdzie odnaleźli życzliwych przyjaciół i prawdziwe szczęście. Wszystkim razem i każdemu oddzielnie żal było odjeżdżać na wakacje czy ferie, robili to bardzo niechętnie, a tylko po to, aby spotkać rodziców, za którymi bardzo tęsknili. Podczas pobytu w domu brakowało im uroków tego magicznego terenu. Wielkich, zielonych błoni i rozłożystych drzew, pod którymi można w cieplejsze dni odrabiać prace domowe, rozmawiać, karmić grzankami, zabranymi z Wielkiej Sali kałamarnicę, mieszkającą w jeziorze. Nocnych wycieczek po korytarzach, gdzie za jakimś rogiem czyhał rozwścieczony i szukający łamiących regulaminu uczniów, Flich. Ucieczek przed Irytkiem, który raz na jakiś czas musiał wyciąć numer, aby nie było zbyt nudno, albo słuchania przerażających planów Jamesa i Syriusza, oraz wiecznie pomagającym im Remusa i Petera.
Jedynym minusem była nauka, która stawała się coraz trudniejsza, szczególnie w szóstej klasie, czyli czasie między sumami, a owutemami. Czy było coś gorszego?
Florence bardzo dobrze wiedziała, że to nie przelewki. Myśląc o Standardowych Umiejętnościach Magicznych, czuła nieprzyjemny uścisk w żołądku i cieszyła się, że ma je za sobą. Nie była zadowolona ze swoich wyników. Wybitny miała jedynie ze swoich ulubionych przedmiotów: zaklęć i transmutacji. Za to astronomia i eliksiry poszły jej beznadziejnie, nie trawiła tych lekcji.
Dlatego siedząc w klasie pełnej oparów z kociołków, zastanawiała się, co ona tam do licha robi? Nie umiała przygotowywać eliksiru słodkiego snu, którego właśnie wymagano na lekcji. Próbowała czytać instrukcje z tablicy, nie rozumiejąc, ani słowa.
-Eee... Leannie, co jest napisane w czwartej linijce? Sok z czego? - zapytała Flora, zaglądając przez ramię przyjaciółce, która z niesmakiem patrzyła na śluz z gumochłona, który miała dodać.
-Hm? Sok z pijawek. Może usiądziesz z przodu skoro nie widzisz? - zapytała z poirytowaniem.
Nie widziała, że dodatkową trudnością dla Florence, pomijając parę z eliksirów, był fakt, iż tuż przed nią siedział Syriusz, który co jakiś czas odwracał się i zaglądał do jej "wytworu", a potem wzdychał z niedowierzaniem.
-Jak to możliwe, że taka świetna uczennica jak ty nie potrafi zrobić łatwego eliksiru? Przecież jesteś wzorem do naśladowania, jak nam ciągle powtarza McGonagall... W ogóle dostałaś kiedyś szlaban? - zapytał Black, przyglądając się twarzy dziewczyny, a nie jak uprzednio zawartości kociołka.
-Nie, nigdy... - odpowiedziała z politowaniem w głosie. Czy brak nagan w papierach stawia ją w gorszym świetle w oczach chłopaka, niż Elizabeth, której nikt nie nazwałby grzeczną i miłą?
-I to jest w niej piękne - włączył się do rozmowy James. - Nie jest pustym opakowaniem, lecz ma wnętrze.
Lupin, Syriusz, Elizabeth, Leannie i Flora, czyli wszyscy, którzy słyszeli słowa Pottera popatrzyli po sobie z dziwnymi minami i wybuchnęli śmiechem.
-Może zaczniesz pisać wiersze, co Rogaczu? - odparował Black, jednak chłopak nie zdążył odpowiedzieć, gdyż profesor Slughorn przyszedł uciszyć towarzystwo.
Żaden poranek w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart nie był łatwy. Zajęcia lekcyjne rozpoczynały się zdecydowanie zbyt wcześnie, więc uczniowie często przesypiali czas do pierwszego dzwonka na przerwę, lub nieobecnym wzrokiem wodzili za wykładowcą, machając bezsensownie różdżką, starając się spełnić oczekiwania nauczyciela. Takie zachowanie często kończyło się szlabanem, gdyż nikt nie miał ani krzty zrozumienia dla zmęczonych nastolatków.
Jednak przed lekcjami trzeba było zejść do Wielkiej Sali na posiłek, który był napędem, aż do drugiego śniadania. Zazwyczaj był to spokojny i dość nudny czas, nikomu nie chciało się popisywać, ani wymyślać niestworzonych rzeczy. Wszyscy marzyli o swoich wygodnych i ciepłych łóżkach, z których byli zmuszeni wyjść. Dlatego każda oznaka czegoś wyjątkowego podczas śniadania była miło przyjmowana.
Florence siedziała między Elizabeth, która popijała powoli kawę, a Maggie Brown, najlepszą przyjaciółką Lily Evans, pani prefekt.
Liz zawsze prowadziła wojnę z Lily, a trwało to tak długo, że nikt nie wiedział, o co poszło. Obie były bardzo ambitne, jednak wszystko inne je różniło. Może konflikt właśnie dlatego wypłynął? Przez różnice w ich charakterach?
Elizabeth zawsze przyciągała spojrzenia, za równo męskie, jak i kobiece. Nikt nie umiał przejść koło niej obojętnie, była przepiękną dziewczyną i zawsze dostawała to, na czym jej zależało. Lily przyciągała wzrok swoimi ognistymi włosami, lecz nie to było najważniejsze. Była bardzo miłą, odpowiedzialną i zasadniczą dziewczyną. Pewnie dlatego James stracił dla niej głowę, a to kolejny powód złości panny Macmillian.
Flora grzebała widelcem w swojej jajecznicy, rozmyślając nad przysłowiowymi niebieskimi migdałami, kiedy do Wielkiej Sali wpadło stado sów, niosących listy i różnego rodzaju przesyłki dla uczniów. Rozejrzała się, po czym stwierdziła, że nigdzie nie widać ptaka należącego do Rosierów, ani Evana i powróciła do swojego śniadania.
-Piszą coś ciekawego? - zapytała Remusa, który jak co dzień siedział wpatrzony w Proroka.
-Jakaś kobieta została zamordowana we własnym mieszkaniu. Nic więcej nie wiadomo. Ej, czy to nie jest twoja sowa?
-Co? - zdziwiła się dziewczyna, odwracając w stronę okna, gdzie leciał średniej wielkości, ciemny ptak. - Achilles?
Z imieniem zwierzęcia wiązała się pewna historia. Evan postanowił tak go nazwać, gdy odkrył, że sowa dziwnie się zachowuje, kiedy dotknie się jej nóżki.
Flora zabrała z dzioba ptaka list i poczęstowała go kawałkiem bekonu z talerza Petera, który nie za bardzo wiedział, jak na to zareagować, więc tylko pisnął i wrócił do pożerania kolejnej porcji.
Rozwinęła pergamin.
Florence!
Zdaję sobie sprawę, że to dopiero drugi dzień szkoły jednak mam nadzieję, że nie zrobisz nic nieodpowiedzialnego. Wiem, że nie spodobał Ci się mój ślub z Gabrielle, lecz musisz się z tym pogodzić i polubić ją. Nie jak matkę, jak żonę ojca.
Przypominam Ci również, iż Twoje wyniki ze Standardowych Umiejętności Magicznych nie ucieszyły mnie zbytnio, więc proszę Cię, przyłóż się bardziej do eliksirów.
Ucałuj od nas Evana.
Tata.
Flora zgniotła list i schowała głęboko do torby. Nie spodobał jej się ton ojca, a szczególna ta aluzja do eliksirów i przypomnienie o drodze życiowej, którą zaplanowali jej Rosierowie bez zgody. Nie chciała iść w ślady taty, nigdy nie interesowała jej praca uzdrowiciela, wolała spełniać się w innym zawodzie. Chciała napisać powieść, albo chociaż pisać dla szanowanej w kręgu czarodziejów gazecie. Czy to tak wiele?
Z rozmyślań wyrwała ją druga sowa, która wylądowała w jej pucharze z sokiem dyniowym.
-Kogo szukasz? - zapytała machając różdżką i susząc plamę na stole, dopiero po chwili zorientowała się, że ptak ma przesyłkę dla niej. Zabrała mu list i poczęstowała kolejnym kawałkiem bekonu z talerza Petera.
-Floro! Co ty wyprawiasz? Ja to jem! - krzyknął już wyraźnie zdenerwowany.
-Po prostu troszczę się o twoje zdrowie. Jak będziesz tyle jadł to w końcu pękniesz. Czy coś - odpowiedziała zerkając na pergamin ozdobiony serduszkami. Nie myśląc długo, schowała go głęboko do kieszeni, aby nikt nie mógł przeczytać jego zawartości i pobiegła za Leannie i Elizabeth, które ruszyły w kierunku klasy zaklęć.
Stuk. Stuk. Stuk.
Wielkie jak ziarna fasoli krople deszczu uderzały o zamkowe parapety, hałasując niemiłosiernie. Właśnie ten dźwięk obudził Florence, która całą noc kręciła się na łóżku próbując zasnąć, aż zapadła w lekki sen, przerywany dziwnymi koszmarami. Próbując zapomnieć o wymysłach, nawiedzających ją tego wieczoru podeszła do okna i wyjrzała przez szybę na błonia i ogromne drzewo rosnące pod oknem dziewczęcego dormitorium.
Po niebie płynęły ciężkie, granatowo-szare chmury, z których spadały duże krople deszczu, mocząc ziemię i trawę, a także strząsając z konarów nielicznie rosnące, kolorowe liście w Zakazanym Lesie, gdzie gałęzie drzew bujały się pod wpływem mocnego wiatru. Mgła była dosłownie wszędzie, gdzie sięgał wzrok ludzki, a nawet dalej.
Flora patrzyła na to wszystko obojętnym wzrokiem. Wiedziała, że zbliża się zima, pora roku której szczerze nienawidziła z powodu chłodu, mokrego i zimnego śniegu, który roztapiając się zostawiał kałuże wody, a także szybkiego ściemniania się na dworze. Dziewczyna była raczej jedną z tych osób, które kochają ciepło i wygodę, a nie dreptanie do cieplarni w puchu po kolana. Poza tym wolała, gdy dzień był znacznie dłuższy od nocy. Szkoda było jej czasu na długie spanie, a przy takiej pogodzie nikomu nie chce się robić czegokolwiek poza leżeniem na wznak i liczenia plam na suficie.
Odwróciła się do okna plecami i westchnęła. Jej współlokatorki nadal smacznie spały i nie chciała im przeszkadzać, więc postanowiła po cichu przejść przez dormitorium do Pokoju Wspólnego Gryffindoru i tam posiedzieć przy kominku, może znajdzie jakąś ciekawą książkę, której jeszcze nie czytała, a wtedy sen sam do niej przyjdzie i utuli z niewiarygodną miłością...
Przeszła obok łóżka Leannie, która głośno oddychała, przekręcając się z boku na bok i złapała za klamkę. Pokój wydawał się opustoszały, więc nie zakładając na siebie szlafroka, wyszła boso i zmierzała do upatrzonego fotela, kiedy zorientowała się, że jednak nie jest sama. Ktoś stał przy kominku i z zadziwiającą zaciętością i złością machał różdżką we wszystkich kierunkach. Po chwili, kiedy wzrok Flory przywykł do ciemności, a te panowały w salonie gryfonów, zobaczyła kto jest owym osobnikiem. Wszędzie poznałaby tą brązową piżamę w złote paski, wełniane skarpetki i wiecznie ułożone włosy.
Podeszła bliżej, aby przekonać się, że Syriusz Black zwyczajnie stara się nauczyć zaklęć niewerbalnych, które powinni przerabiać na obronie przed czarną magią, transmutacji i zaklęciach za kilka lekcji.
-Źle to robisz – odezwała się, patrząc chłopakowi przez ramię.
Syriusz podskoczył z przerażenia i wielkimi jak spodeczki oczami przejechał po dziewczynie, która stała z lekkim uśmiechem na ustach. Sama czuła się niepewnie, jednak nie chciała tego okazywać. Nie miała zamiaru pokazać mu, że jej na nim zależy, co to, to nie! Dlatego postanowiła przybrać miły wyraz twarzy i zachowywać się normalnie, jakby rozmawiała sam na sam w ciemnym pokoju wspólnym nie z Syriuszem, lecz z... James'em? Między nimi nigdy nie było tego dziwnego napięcia, które tworzyło się miedzy dwójką ludzi przeciwnych płci, gdy zostawiali sami. Florence po prostu wiedziała, że Potter jest zakochany po uszy w Lily Evans, jej koleżance z klasy, a ona jako zwykła dziewczyna nie ma szans. W zasadzie nigdy nawet nie próbowała, stawiała siebie na przegranej pozycji. Najwidoczniej słusznie.
-Flora! Na Merlina, musisz się tak skradać? - zapytał nadal wpatrując się w twarz Rosier. - W ogóle co ty tu robisz? Długo tu jesteś?
Roześmiała się serdecznie.
-Powoli, powoli. Myślisz, że tak łatwo zapamiętać te twoje pytania? - odpowiedziała pytaniem i zadziwiona własną odwagą, złapała go za nadgarstek. - Źle to robisz – machnęła jego ręką. - Tak, spokojnie. Skup się na zaklęciu i po prostu je pomyśl.
-Skąd ty to wiesz? Przecież jeszcze tego nie było – spojrzał na nią przenikliwym wzrokiem. - No oczywiście, jak mogłem zapomnieć! Rozmawiam z Florą Rosier, najlepsza uczennicą z zaklęć!
Nie odpowiedziała. Machnęła jego ręką po raz drugi myśląc "Lumos!", a z różdżka zaświeciła się, oświetlając otoczenie.
II. Spadająca gwiazda.
{niedziela, 4 listopada 2007, 12:17:42}
Notkę pisałam strasznie długo, totalnie nie chciała się kleić, ale z efektu końcowego jestem w miarę zadowolona. Liczę na opinię względem niej, jak i nowego szablonu. Nim, dla odmiany, jestem zachwycona.
Z dedykacją dla Angeliny, ponieważ pisząc ten fragment o niebie, pomyślałam o niej. Oraz dla Oli, która odpowiadała na moje głupie pytania i dzięki niej ta notka ma prawidłowo napisane nazwy własne xD.
Zaczęło się ściemniać. Ciemna kurtyna nocy opadła na ogród Rosierów jednocześnie gasząc słońce i zaświecając miliony maleńkich gwiazdek. Zasięg wzroku sięgał znacznie bliżej, niż kilka godzin wcześniej, dalej było widać tylko wszechobecną czerń. Nawet kontury rzeczy stojących w miarę blisko stawały się zlane i rozmyte.
Wraz z wybiciem północy, ogłoszonej przez zegar na kościelnej wieży, wszyscy goście zgromadzili się wokół młodej pary. Jedyną osobą, która nie miała ochoty słuchać przemówienia była Florence.
Dziewczyna leżała na trawie, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo i mrugające gwizdy, które, jak mogło się wydawać, przyglądały jej się. Może te ciała niebieskie nie są zwykłymi kawałkami skały i plazmy, widocznymi jako punkt świetlny? Skąd wiemy, że one nie mają duszy? Patrzą się, przeżywają z nami wzloty i upadki, obserwują nasze postępowanie, chociaż nie mogą... Nie umieją nam doradzić, pomóc czy w inny sposób zakomunikować, że robimy źle. Od tego są przyjaciele. Osoby, które maja za zadanie po prostu być. Kochać nas i być kochanymi, ważna jest ich obecność, dobre słowo. Czasem pocieszenie, albo wyprowadzenie na dobrą drogę. Oni są zawsze przy nas, jeśli nie ciałem to duchem. Wspierają i dają świadomość bliskości nawet na odległość. Jednak czasem nawet przyjaciel zawodzi, opuszcza nas. Przestajemy się liczyć, może on przestaje... Ta więź się kończy, urywa. Czasem z błahych powodów, innym razem umiera śmiercią naturalną. Wygasa.
Niekiedy to powraca, mamy wtedy szansę naprawić błędy, albo zacząć budować nić porozumienia od nowa. Jednak nasuwa się pytanie... Czy warto? Można wybaczyć porzucenie? Podobno przyjaciel jest na dobre i na złe, poznajemy go w nieszczęściu. On nie bywa, on jest ciągle. Nie da się go wymienić. Ten, który raz jest, a następnie znika nie zasługuje na to zaszczytne miano. Powinien być jak mąż, zawsze na miejscu, a nie jak kochanek, z którym można tylko się zabawić, bez zobowiązań.
Przyjaciel musi być zaufany, bo jest osobą, która umila nam pustą egzystencję. Dzięki niemu wszystko nabiega wartości, przestaje być w odcieniach szarości. Zakłada nam na nos różowe okulary, których nigdy ze sobą nie zabiera. Po tym można poznać prawdziwą przyjaźń.
Flora nie wiedziała, jak ma postrzegać Elizabeth.
Dziewczyna była niezastąpiona. Można było się z nią pośmiać, zabawić, jednak czy była godna zaufania i powierzenia jej wszelkich sekretów?
Nie wiedziała o uczuciu, którym darzyła Florence Syriusza, jednak czy to ją usprawiedliwiało? Powinna to widzieć, domyślać się.
Jednak z drugiej strony to wina panny Rosier, bo nie poinformowała Liz o tym, co czuje do Syriusza. Tyle, że nawet ona nie widziała, co to jest. Miłość, kochanie, przyjaźń, pożądanie? Bała się przyznać nawet sama przed sobą, a co mówić o osobie tak doskonałej jak panna Macmillian?
Wciągnęła głęboko powietrze do płuc, zamykając oczy. Rozkoszowała się świeżością.
Otwierając powieki, ujrzała coś nietypowego. Przez chwile zastanawiała się, czy na pewno widzi dobrze, może to tylko przewidzenie? Zamrugała.
Po ciemnogranatowym niebie spadała jasna gwiazdka. Chciałabym zdobyć prawdziwą miłość, pomyślała, śledząc jej tor. Podobno takie życzenia zawsze się spełniają.
Obserwowała zjawisko, aż meteoryt nie zniknął z pola widzenia. Schował się gdzieś w oddali. Wtedy ciszę, która niespodziewanie nastała rozdarł krzyk Gabrielle.
-Co pan tutaj robi?!
Florence zmarszczyła nos i czoło, przymknęła powieki i żwawym krokiem podeszła do tłumu okrążającego nowożeńców. Przecisnęła się do pierwszego rzędu, żeby zobaczyć starca z laską, o długiej brodzie, który stał tuż obok Rosiera, szukając kogoś wzrokiem. Wyglądał na dość sędziwą osobę, miał wiele zmarszczek, długi, krzywy nos i jasnoniebieskie tęczówki, które wyglądały, jakby straciły swój dawny kolor. Na głowie widać było kilka siwych włosów, lecz większość jej powierzchni była po prostu łysa. Nie sprawiał wrażenia osoby miłej, a tym bardziej nie przypominał dziadka, który czyta wnukom bajki na dobranoc i prowadza za rękę do szkoły. Wyglądał srogo i nieprzystępnie.
Nagle zatrzymał się przed Florą.
Patrzyli na siebie przez chwilę, aż mężczyzna przemówił, a jego głos wydawał się zmęczony i lekko drżał.
-Florence Rosier... Strażniczka... Twoja przeszłość nie jest tak jasna, jak być powinna, a przyszłość wydaje się jeszcze bardziej mętna. Nie wolno ci się poddać, nigdy... Twój cel... Twoja zemsta... Wygrasz, jeśli przetrwasz. Zapamiętaj moje słowa, Floro!
* * *
Przez resztę wakacji Florence dostała jeden list od przyjaciółek, a w zasadzie od Leannie. Dziewczyna pisała w nim, że u niej wszystko w porządku, ma się dobrze i o spotkaniu w pociągu przed odjazdem ekspresu Londyn-Hogwart z peronu dziewięć i trzy czwarte.
Dlatego pierwszego września panna Rosier siedziała w zajętym przez siebie przedziale, patrząc przez okno i szukając wzrokiem znajomych. Pierwszą ujrzała Leannie, która żegnała się z matką i siostrą, Molly. Dziewczyna ukończyła już szkołę magii i czarodziejstwa, a teraz starała się o posadę w Klinice Magicznych Chorób i Urazów Szpitala Świętego Munga. Poza tym miała w planach wyjść za mąż, za niejakiego Artura Weasleya.
Czekając na przybycie koleżanek wyciągnęła z kufra grubą książkę w czerwonej okładce ze skóry o postrzępionych rogach. Na pierwszy rzut oka było widać, że lektura wiele przeszła i to nie tylko w rękach Flory. Dziewczyna dostała ją od ciotki na swoje trzynaste urodziny, a od tego czasu przeczytała setki razy. Nie dlatego, że powieść była niezwykle ciekawa i wciągająca, chodziło o coś zupełnie innego. Na pierwszej stronie widniała dedykacja dla matki dziewczyny, a kobieta, dając Florence podarunek mimochodem wspomniała, że była to ulubiona książka rodzicielki.
Pociąg ruszył, wytrącając ją z rozmyślań. Przeczytała tylko dedykację i westchnęła, wyglądając za okno. Wszystko było takie wesołe... Różnokolorowe liście tańczące w podmuchach chłodnego, przenikliwego wiatru, resztki owoców na drzewach i dość ciepła, lecz wietrzna pogoda. Nigdzie nie widać żywej duszy, jakby wszyscy schowali się przez nadciągającą burzą, którą zapowiadało ciemne, pełne deszczowych chmur niebo, bez śladów jasnego i ciepłego słońca.
-Ładny początek roku – stwierdziła, wstając żeby przywitać się z Leannie i Elizabeth, które akurat wkraczały do przedziału.
Niespodziewanie drzwi do przedziałów pootwierały się z hukiem, a gdzieś nad nimi przetoczył się grzmot.
Florence chwyciła swojego szarego kota i brutalnie wepchnęła go sobie pod płaszcz, ratując przed potokiem lodowatej wody, lejącej się z nieba, po czym wymaszerowała za przyjaciółkami z pociągu. Pierwszą rzeczą którą ujrzała po wyjściu na świeże powietrze była postać ogromnego gajowego, Hagrida. Mężczyzna ten wyższy od normalnego i co najmniej dwa razy grubszy, stał wołając:
-Pirszoroczni do mnie! Pirszoroczni! Cholibka, ale leje.
Witał się także ze starszymi uczniami Hogwartu, którzy mieli to szczęście, że nie musieli przeprawiać się do zamku przez głębokie, niespokojne jezioro, w którym grasowała wielka kałamarnica.
-Biedne maluchy – westchnęła Leannie, kierując się w stronę setki powozów bez koni. Miały one zawieźć uczniów do ciepłego i suchego zamku na huczną Ucztę Powitalną, której wszyscy wyczekiwali, chcąc się posilić i zmienić przemoczone ubrania.
Dziewczyny weszły do jednego z tych środków lokomocji, a wtedy on sam ruszył chybocząc się niebezpiecznie na rozmokłej powierzchni. Flora przycisnęła nos do szyby wyszukując chociaż konturów zamku, jednak ujrzała je dopiero, gdy powóz przejechał szerokim podjazdem ku wrotom Hogwartu. Światełka w oknach migotały niewyraźnie pod kurtyną gęstego deszczu.
Gdy powóz zatrzymał się przed wielkimi dębowymi drzwiami prowadzącymi do Sali Wejściowej, które znajdowały się na szczycie kamiennych schodów, Elizabeth wyszła na zewnątrz zakrywając się szatą z godłem Gryffindoru. W tym samym momencie błyskawica rozdarła niebo. Dziewczyna krzyknęła przerażona, na co Ślizgoni z siódmego roku wybuchnęli śmiechem i spojrzeli na nią nieprzychylnym wzrokiem. Liz poprawiła mokrą grzywkę i z wysoko podniesioną głową weszła do mrocznej, oświetlonej pochodniami sali.
-Okropna pogoda – stwierdziła Elizabeth, poprawiając włosy. - Ale jestem głodna! Nic nie jadłam poza tymi czekoladowymi żabami w pociągu...
-W takim razie się rusz i wejdź do środka – krzyknął ktoś z tyłu, na co Liz zmarszczyła nos i głośno prychnęła.
Wielka Sala wyglądała, jak zwykle wspaniale, chociaż nic się nie zmieniło, od kiedy Flora wyjechała stąd do domu na wakacje. Cztery stoły domów stały na swoich stałych miejscach, nad nimi wisiały godła, a sklepienie, które ukazywało niebo było zmącone, zachmurzone i bez słońca, czyli doskonale odpowiadało widokowi za długimi oknami, wychodzącymi na błonia zamku.
-Witam wszystkich, tych starych uczniów i tych całkiem nowych! Przed nami kolejny, wspólnie spędzony rok szkolny. Mam wrażenie, że wszyscy się z tego powodu radujemy – tutaj dyrektor Dumbledore ogarnął całą salę wzrokiem. - Przypominam oraz informuję, że wstęp do Zakazanego Lasu jest zabroniony! Przewidujemy srogie kary za nie ustosunkowanie się do tego przepisu... O ile, oczywiście, zdążymy je wymierzyć. Ten las jest bardzo niebezpieczny i nie radzę spacerować po nim dla waszego własnego zdrowia i życia.
Pan Filch prosił, żebym wspomniał, że czarowanie na korytarzach między lekcjami jest zabronione, zupełnie jak używanie łajnobomb. Pełna lista zakazanych przedmiotów i zachowań wisi w gabinecie i jest do dostępna dla każdego ciekawego... - Flora mogła przysiąc, że dyrektor uśmiechnął się pod nosem. - W tym roku postanowiliśmy wprowadzić nową tradycję. Z okazji Bożego Narodzenia organizowany będzie bal, w którym udział będą mogli wziąć wszyscy uczniowie powyżej czwartej klasy. Odbędzie się on w Wigilię – Dumbledore zamilkł, ponieważ Wielka Sala zabrzmiała od podnieconych szeptów. Flora wymieniła zdumione, lecz jednocześnie zadowolone spojrzenia z Leannie, a Elizabeth wydawała się promieniować. Każdy kto ją znał, wiedział, że dziewczyna coś planuje. Odczytać to możnabyło z jej oczu i miny.
Dyrektor klasnął w dłonie i wszystkie rozmowy ucichły.
-Poza tym mamy dla was jeszcze jedną niespodziankę – kontynuował.- Jednak więcej o niej dowiecie się w swoim czasie. Wyszukujcie wszelkich informacji na tablicach w pokojach wspólnych waszych domów. Wkrótce wszystko będzie jasne! A teraz życzę wam dobrej nocy!
I. Ślub
{niedziela, 14 października 2007, 16:51:18}
Dla Olci mojej kochanej:* Bo jest, słucha moich wychwalań na jego temat, ogląda ze mną głupie filmy i podoba jej się mój taniec, chociaż go niestety nie widziała:( Bo kocham ją najbardziej, jak mogę i nie wyobrażam sobie życia bez niej. Bez jej wychwalań Dracona, D. i tych rozmów o mojej urodzie xD Bo w koncu jest szczęśliwa i zaraża tym:*:* A także za to, że jej syn pójdzie do mojej szkoły tańca xD Bez niej moje życie byłoby nudne. No i komu robiłabym szablony? xD Kocham Cię :*:*
"Lubi loda robić, zna się na samochodach", tak to szło?:P
Notki nie miałam siły sprawdzić, przepraszam i dziękuję za wpisy do księgi!
W niewielkiej miejscowości na obrzeżach Londynu stał ogromny, porośnięty zielonym i gęstym bluszczem mur, który wyśmienicie spełniał swoją rolę, a mianowicie zasłaniał najbardziej okazały w promieniu kilku mil dworek, gdyż jego mieszkańcy z uporem maniaka chronili i cenili sobie prywatność. Skrzętnie chowali wszystkie tajemnice, nie pozwalając im ujrzeć światła dziennego.
Jedynym przejściem była ozdobna brama, znajdująca się pośrodku owego muru. Wokół niej rozrastały się krwisto czerwone róże o ogromnych kolcach, a pod spodem znajdowała się kamienna dróżka, prowadząca do wrót domostwa. Naokoło rozpościerał się przepiękny, typowo angielski ogród wielkości parku kształtowany na wzór naturalnego krajobrazu. Wszędzie prowadziły alejki i ścieżki spacerowe, z których można było podziwiać uroki miejsca. Zielona trawa obrastała każdy możliwy zakątek, liście na drzewach zaczęły przybierać żółtą barwę, a ptaki śpiewały wesoło. Gdzie okiem sięgnąć znajdowały się rozłożyste dęby, rosłe topole, wysokie brzozy i czarujące wierzby, nie zabrakło również niewielkich, ale zdrowo obfitujących w owoce wiśni, jabłoni czy gruszy.
Najokazalszą rośliną w całym ogrodzie był stary dąb z gatunku czerwonych, na konarach którego wisiała poruszana przez wiatr huśtawka, należąca do dziewczynki mieszkającej w tym miejscu. Gdy była mała uwielbiała huśtać się na niej z bratem lub ojcem. Była dla również schronieniem i "ścianą płaczu", przychodziła posiedzieć na niej zawsze, kiedy miała problem.
W środku parku wznosił się dworek w stylu secesyjnym z dziewiętnastego i dwudziestego wieku, na co wskazywały śnieżnobiałe ściany, faliste linie i asymetria. Koło wrót wejściowych stały cztery ozdobne kolumny, a klamka miała kształt głowy węża. Przy budynku pięły się czerwone i białe róże.
Kiedy noce zaczynały robić się coraz dłuższe i coraz chłodniejsze w ogrodzie Rosierów ustawiono ogromny, śnieżnobiały namiot. Był tak duży, że spokojnie pomieściłby kilkaset osób, a dokładnie tyle zaproszono na uroczystość ślubną, która miała odbyć się pod koniec wakacji. W środku znajdowała się idealna liczba krzeseł, ustawionych w równych odległościach, kilka lampionów zwisających z sufitu i ołtarz przyozdobiony herbacianymi różami, pnącymi się po nim. Wszędzie latały maleńkie świetliki i wisiały białe, złote oraz bladoróżowe balony.
Na jednym z krzeseł w pierwszym rzędzie siedziała filigranowa dziewczyna, ubrana w sukienkę za kolana i uczesana w gładki kok. Łokcie miała na kolanach, a głowę podpartą o dłonie. Patrzyła na ołtarz z odrazą w oczach, najchętniej zniszczyłaby go, aby uroczystość ślubna nie mogła się odbyć, a ojciec został tylko dla niej. Była chyba jedyną osobą, nieradującą się na myśl o weselu. Nie rozumiała, dlaczego tata postanowił ożenić się z taką kobietą, jaką była jej przyszła macocha. Różniła się ona od byłej jego żony w każdym calu, zaczynając od wyglądu, kończąc na charakterze, który według Florence był okropny. Gabrielle, bo tak miała na imię przyszła żona pana Rosier wydawała się być osobą dążącą do celu nawet po trupach, nieszanującą cudzych uczuć, a przede wszystkim dwulicową.
Nagle dziewczyna usłyszała swoje imię wymawiane z francuskim akcentem. Schowała twarz w dłoniach i westchnęła głośno. Siedziała tak chwilę wsłuchując się w stukot obcasów kobiety, dopóki ta nie przemówiła.
-Florence, proszę zajmij się gośćmi. Skrzaty mogą sobie same nie poradzić, a oni zaraz powinni się zjawić... Poza tym twoje przyjaciółki już tutaj są, przed chwilą zmaterializowały się w naszym kominku. Floro?
-Oczywiście, Gabrielle - odpowiedziała w kierunku swoich dłoni, po czym podniosła lekko głowę, aby ujrzeć dwie dziewczyny w dokładnie identycznych sukniach, jak ona. Zerwała się z miejsca i pobiegła uścisnąć najbliższe jej koleżanki. - Leannie! Elizabeth! Nawet nie wiecie, jak bardzo mi was brakowało! Dwa miesiące rozłąki to zdecydowanie za dużo.
-Zgadzam się - odpowiedziała blondynka o daleko osadzonych, niebieskich oczach i mocno zarysowanym podbródku.
-Jak zwykle ślicznie wyglądasz - powiedziała druga dziewczyna, Elizabeth. Ta szesnastolatka była bardzo wyraźną postacią, nieznającą umiaru. Jej włosy były połączeniem blondu i brązu, sama określała je jako miodowe i zazwyczaj nosiła je spięte z tyłu, aby odkryć twarz. Miała piękne, brązowe oczy i różowe usta, a także rumieńce na policzkach i zgrabną sylwetkę. Wszystko w niej wydawało się być doskonałe, co niemożliwie irytowało większość dziewcząt.
-Twojego uroku nie uda mi się przyćmić - odpowiedziała Florence z szerokim uśmiechem na ustach.
-Jeszcze tego by brakowało - roześmiała się dziewczyna, jednak jej śmiech przerodził się w krzyk, kiedy przy jej prawej nodze teleportował się brudny skrzat domowy w starej serwetce udrapanej na kształt togi.
Stworzenie również się przestraszyło. Odskoczyło na bok przepraszając za swoje roztargnienie, przestało dopiero, gdy Liz machnęła ręką w geście obojętności. Wtedy ukłonił się nisko Florence, lecz zanim zdążył coś powiedzieć pojawiły się dwa kolejne skrzaty, kłaniając się nisko i ustawiając w strategicznych miejscach ogrodu, aby przywitać gości i pokazać im ich miejsca.
-Przepraszam was, kochane. Obowiązki wzywają - powiedziała Flora, gdy na kościelnej wieży zegar wybił szesnastą trzydzieści, a wokół materializowali się czarodzieje, przybywający na wesele.
Wyszła z namiotu, zostawiając w środku przyjaciółki i od razu wpadła na rodzinę Black'ów.
-Witaj ciociu - odezwała się Flora na widok Druelli Black z domu Rosier, stryjecznej siostry ojca. - Wasze miejsca są w trzecim rzędzie... na samym początku.
Kobieta kiwnęła głową i weszła do namiotu, ciągnąc za sobą swoje trzy córki. Nigdy nie była zbyt wylewna.
Ruszyła dalej między ludzi, witając się z kimś co chwilę, jednak szukała kogoś, kogo nigdzie nie było widać. Gdy obeszła cały ogród dookoła postanowiła wrócić do namiotu.
Wszędzie, gdzie okiem sięgnąć widziała znajome twarze koleżanek i kolegów z Hogwartu, rodziny czy po prostu czystokrwistych znajomych ojca i Gabrielle. Każdy szanowany przedstawiciel rodu czystej krwi musiał zjawić się na tej uroczystości.
Gdy Florence zaczęła tracić nadzieję na spotkanie osoby, która od niedawna zaprzątała jej myśli zobaczyła przy wejściu do namiotu przystojnego młodzieńca o ciemnych włosach i szarych oczach, który stał oparty o pień drzewa z rękoma założonymi na piersi. Jego matka i ojciec żywo dyskutowali z jednym ze skrzatów domowych.
-Coś nie tak? - zapytała podchodząc bliżej.
-Och, Florence. Jak miło cię widzieć. Co u ciebie? - zapytał Orion, a na jego twarzy zawitał uśmiech.
-Orionie! - fuknęła kobieta, piorunując męża wzrokiem. - Ten skrzat domowy - spojrzała na stworzenie, które pisnęło przerażone - nie może znaleźć nas na liście gości i odmawia podania nam naszych miejsc. To oburzające, prawda Orionie?
Mężczyzna zrobił zniesmaczoną minę i przytaknął.
-Najmocniej przepraszam. Skrzaty miały bardzo pracowity tydzień i mogły się pogubić w tym wszystkim...
-Ależ na Merlina! Co ty opowiadasz? Przecież to są skrzaty domowe! Nie mają prawa się mylić, sa tylko sługami czarodziejów!
-No... Tak, tak - powiedziała patrząc na swoje buty, nie widziała sensu w dalszej kłótni z kobietą. - Wasze miejsca są w ósmym rzędzie po lewej stronie.
-Dziękuję ci, panienko. Regulus, idziemy - rzuciła do młodszego syna, który niezaszczycając wzrokiem Florence poszedł za matką i ojcem do namiotu. Po chwili usłyszała opinię kobiety na temat ósmego rzędu, w którym przyszło siedzieć rodzinie Blacków.
-Nie martw się, ona zawsze taka jest - usłyszała za plecami głos, pod wpływem którego przeszły ją dreszcze. Odwróciła się stając twarzą w twarz z Syriuszem Blackiem. - Mam nadzieję, że nie będę taki sam.
-Na pewno nie! - krzyknęła i spłonęła rumieńcem. - To znaczy... - opuściła wzrok przyglądając się swoim paznokciom. Jej policzki płonęły żywą czerwienią.
-Dzięki za wiarę. Do zobaczenia - powiedział kierując się w stronę matki.
-Jasna cholera! - rzuciła patrząc przez ramię.
Trema udzieliła się każdemu z przebywających w namiocie, a szepty były co jakiś czas przerywane głośnym, podnieconym wybuchem śmiechu. Jednak wszystko zamilkło, gdy pan młody przeszedł przez namiot i ustał przed ołtarzem czekając na swoją przyszłą małżonkę. Zniecierpliwiony wykręcał sobie palce i uśmiechał się nerwowo, aż zabrzmiała muzyka, a w wejściu do namiotu stanęła kobieta w białej szacie ślubnej z piękną tiarą na głowie. Prowadził ją ojciec, który wydawał się być dumny i na prawdę szczęśliwy.
Tuż za nimi szła Florence w swojej bladoróżowej sukience, a także Leannie i Elizabeth. Trzy druhny.
Flora miała na ustach sztuczny uśmiech i szukała wzrokiem ósmego rzędu. Gdy go znalazła zobaczyła Syriusza wpatrującego się prosto w nią, a wtedy jej twarz rozjaśniło prawdziwe zadowolenie. Nie trwało to jednak długo, gdyż po chwili zobaczyła, jak Liz puszcza mu oczko, a chłopak odwzajemnia gest.
Spłonęła rumieńcem, a uśmiech spełzł jej z twarzy, tak szybko jak się pojawił. Odwróciła się w kierunku ołtarza.
-Panowie i panie. Zebraliśmy się tutaj, aby złączyć świętym związkiem małżeńskim... - rozległ się melancholijny głos, niskiego, pulchnego mężczyzny.
Florence siedziała na krześle przy stoliku i popijała miód pitny, który wzięła od jednego ze skrzatów domowych, albowiem nosiły one nad głową tace ze smakołykami, przekąskami, Ognistą Whisky, piwem kremowym, miodem i wieloma innymi przysmakami oraz napojami. Patrzyła na parkiet, gdzie tańczono jakiś szybki taniec. Jej wzrok skierowany był na ojca i nową macochę. Westchnęła i podniosła szklankę do ust, kiedy zobaczyła parę niedaleko Rosierów. Zakrztusiła się piciem, aż ktoś uderzył ją w plecy.
-Dzięki – wysapała, patrząc w twarz „wybawcy”. Ku jej zdumieniu był to Regulus Black, młodszy brat Syriusza.
-Nie ma za co, trzeba sobie przecież nawzajem pomagać, nie?
Nie odpowiedziała tylko przeniosła wzrok z powrotem na parkiet, gdzie Elizabeth tańczyła dość blisko z Syriuszem. Przyglądała się chwilę ich szczęśliwym minom, czując, że narasta w niej coś bardzo podobnego do nienawiści i złości.
-Coś nie masz humoru do rozmowy – zaczął znowu.
-A ty może miałbyś gdyby twój ociec ożenił się z kobietą, taką jak Gabrielle, a do tego twoja...
-Gdyby moja...?
-Nieważne – warknęła zrywając się z miejsca.
Wyszła z namiotu i puściła się biegiem w stronę dworku. Zatrzymała się dopiero przed drzwiami, które energicznie pchnęła i wpadła do środka zatrzaskując je z hukiem za sobą. Weszła po schodach na korytarz, gdzie wybrała trzecie drzwi na lewo. Wtargnęła do środka i od razy rzuciła się na wielkie łóżko z baldachimem.
Leżała chwilę próbując ustabilizować oddech po biegu i nagłym zdenerwowaniu. Czuła się winna za sposób w jaki odnosiła się do Regulusa, nigdy nie była dla nikogo niemiła, ani wredna, więc własne zachowanie ją zdziwiło. Czuła w sobie pulsujące wyrzuty sumienia, serce biło jej, jak oszalałe, ręce się trzęsły, a przed oczami miała obraz zadowolonej twarzy Syriusza, tańczącego z Elizabeth.
-Nie pozwolę żeby ona ponownie ze mną wygrała! - szepnęła przez zalewające jej twarz łzy złości, goryczy i rozczarowania. - Nie pozwolę...
Dwudziestego trzeciego września tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego roku w niewielkiej miejscowości na południu Francji na świat przyszła dziewczynka. Jej narodziny, ogłaszane wszem i wobec zostały niespotykanie nagłośnione, a wszystko z radości jej rodziców, którzy długo starali się o córkę. Nie przedłużała ona linii ich starożytnego rodu czystej krwi, jednak była spełnieniem marzeń dwojga młodych, zakochanych w sobie ludzi. Mieli już rocznego synka, Evana, który siedział z tatą w niewielkim pokoju naprzeciwko sypialni rodziców, gdzie odbywał się poród, czekając na rozwiązanie.
Chłopiec miał ciemne włosy i podobnego koloru oczy, był bardzo podobny do ojca. Bawił się guzikiem na swoim sweterku, co chwilę spoglądając na mężczyznę, który pochłonięty był paleniem fajki i nerwowym potrząsaniem nogą. Patrzył również, na starszą kobietę, chodzącą w tę i z powrotem po czerwonym dywanie nieopodal wesoło tryskającego ognia w kominku. Była to ich gosposia.
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i wszedł przez nie doktor w białym fartuchu ubrudzonym krwią. Wycierał brudne ręce w śnieżnobiały ręcznik, a na jego ustach gościł ogromny uśmiech żółtych zębów.
Podszedł do mężczyzny siedzącego w fotelu z synkiem i pogratulował mu dziecka uściskiem dłoni, a wtedy mały Evan ześlizgnął się z nóg ojca i szybko pobiegł do sąsiedniego pokoju, aby przytulić się do mamy. Jego podróż zakończyła się bolesnym upadkiem tuż przed uchylonymi drzwiami. Spokojnie zajrzał do środka, gdzie stał wysoki, postawny młodzieniec w czarnej szacie z kapturem na głowie, zasłaniającym twarz i wyciągniętą przed siebie różdżką, którą wycelował w kobietę leżącą na łóżku z dzieckiem w rękach. Maleństwo poruszało się niespokojnie, a jego matka miała wymalowany na twarzy strach i przerażenie. Ruszała wargami, jakby próbowała coś powiedzieć, ale te słowa nie wychodziły jej z gardła. Oczy wielkości spodków świdrowały na wskroś napastnika.
-Nie... Nie zabijaj jej... Weź mnie... Proszę - wyszeptała z trudnością, mocniej przytulając dziecko.
Młody mężczyzna roześmiał się ironicznie.
-Zawsze byłaś niemądra. Przyszedłem po ciebie, nie po... nie po nią - zmierzył dziewczynkę wzrokiem. - Po co uciekałaś? Nie lepiej było zginąć w luksusach Paryża, niż tutaj? Bo chyba nie sądziłaś, że się schowasz? Przed nim... Przed nami nie ma ucieczki.
Kobieta, wiedząc, co ją za chwilę czeka, przytuliła do spoconej piersi córkę szepcząc słowa: Podczas pełni księżyca, w szesnasta rocznice śmierci, przy pocałunku pierwszym zrodzi się siła pogromcy i niespotykanej mocy. Francuzka będzie w to zamieszana, aby w przyszłości być wychwalana. Strażniczka kwiatów ujrzy to, co śnić się nie mogło, żeby pogrzebać magii zło.
Młodzieniec, myśląc że kobieta próbuje czarów, aby uciec od rychłej śmierci roześmiał się głośniej, po czym z jego krótkiej różdżki wyleciał zielony błysk, powodujący natychmiastowy zgon. Opadła na poduszki, a jej usta wykrzywiły się, wypowiadając "zło".
-Żegnaj, kuzynko - powiedział mężczyzna, zamykając jej oczy.
Wtedy ciszę rozerwał płacz dziewczynki. Wołała mamę najgłośniej i najskuteczniej, jak umiała, jednak to nie dawało rezultatu. Kobieta była martwa i nic nie było w stanie tego zmienić...
Florence Anne Rosier Ciemnowłosa posiadaczka zadziornie zadartego noska i zgrabnej sylwetki. Bardzo nieśmiała i niezdecydowana, niepewna swoich uczuć. Wybitna uczennica, zafascynowana czarodziejską grą, jaką jest quidditch.
Chcesz ją bliżej poznać? Czy od razu dodasz ją do ulubieńców?
#
Przyjaźń, tak samo, jak filozofia czy sztuka, nie jest niezbędna do życia... Nie ma żadnej wartości potrzebnej do przetrwania; jest natomiast jedną z tych rzeczy, dzięki którym samo przetrwanie nabiera wartości. Clive Staples Lewis.
Właśnie dzięki tej wspaniałej dziewczynie mam siłę żyć i cieszyć się tym. Tylko ona potrafi przytulić mimo dzielących nas kilometrów. Kocham Cię Oluś:*
Szablon stworzyłam dla siebie, wg stylu Angeliny. Zdjęcia wyszukane w internecie. W rolę Florence wcieliła się dla odmiany Keira Knightley, za co bardzo dziękujemy.
Wszyscy goszczący na moim blogu znają zasady grzeczności, więc nie muszę mówić, że gdy ktoś coś sobie przywłaszczy, zostanie pogryziony, zaduszony, wyklęty i sprzedany adminowi, prawda? Avada kedavra!